Dzisiaj jestem typem płaczącym. Przypominają mi się najwspanialsze oraz najgorsze chwile.
Przypominają mi się niektóre niesamowite noce, przypominają mi się pożegnania, na których mnie nie było, przypominają mi się łzy i zawód. Niekoniecznie ja to wszystko przeżywałam, ale tak naprawdę w głębi duszy jestem rozwaloną emocjonalnie osóbką, która uważa, że zawsze sama poradzi sobie ze smutkiem.
Nienawidzę tych, którzy odchodzą. Czy nie rozumieją, że ich strata to jak umrzeć i niekoniecznie się narodzić na nowo?
Nienawidzę tych, którzy pozwalają nam przeżywać chwile uniesień i największej radości, bo prawdą jest, że kiedyś dobre momenty odejdą i nagle pojawią się te złe.. tak trudne do przezwyciężenia.
Nienawidzę siebie, bo pozwalam innym cierpieć. Wystawiam ich na wielką próbę obiecując gwiazdy z nieba, chociaż tak naprawdę nigdy nie dotrzymuję obietnicy. Najczęściej odchodzę i zapominam o danym słowie.
Dlaczego nic w życiu nie jest stałe? Dlaczego nie ma nic, co byłoby na zawsze? Dlaczego koniec jednego istnienia oznacza koniec jakiegoś rozdziału? Czy aż tak bardzo zależni jesteśmy od drugiej osoby?
Ludzie wstydzą się łez, ale czy słusznie? Przecież łza jest wyrazem emocji. Nie jesteśmy kamieniami, które nie mają uczuć. Płacz pozwala wyzwolić największe potwory i obmyć z nich swój umysł i duszę. Pozwala nam sie oczyścić ze złych przeżyć, pozwala stanąć na nogi. Ja uwielbiam płakać, ale kiedy nikt nie widzi. Wtedy jest to naturalne, czyste, wyzbyte z egoizmu i chęci bycia w centrum uwagi. Czerwone oczy są później świadectwem tego, że chociaż nazywana jestem 'twardą, ciętą i wredną, bezuczuciową suką', to jednak mam w sobie cząstkę człowieczeństwa.
Przepraszam tych, których zawiodłam. Przepraszam, że czasem jestem taką egoistką.. Ale wierzcie mi, że ja też miewam gorsze dni.
To jest właśnie taki dzień.
P.S. Piosenkę wysłał mi kiedyś mój przyjaciel Paweł, po jednej z naszych wielkich kłótni. Od tamtej pory jest to mój hymn do dni, kiedy nie wszystko wydaje się być specjalnie miłe. Ta piosenka sprawia, że mimo, że to dni złe, to chcę je pamiętać i traktuję je jako pewną naukę na przyszłość.
Dzisiaj dostałam mejla, który sprawił, że kolejne 2 godziny spędziłam na głupiej zabawie w upiększanie. Okazało się, że po dwóch latach moje konto na MySpace.com jeszcze istnieje, mimo, że logowałam się na nie może z raz w ciągu całego korzystania! Jestem w szoku, że sobie o mnie przypomnieli. Oczywiście możecie popatrzeć, co zrobiłam z tego zatęchłego konta ;)
Uwalili mnie dzisiaj z chemii. Noszkurwajapierdole! To znaczy mam jakąś tam dopytkę, ale dla mnie to jest koszmar! Gdyby babka mi sprawdzała, to już bym miała zaliczenie, a ten facet chyba niezbyt lubi zaliczać :P Jutro o 14:30 mam być gotowa na walkę, haha. Już mi się nie chce. Ot co.
Po południu za to wpada Kalina. Muszę chociaż przez moment powykorzystywać to, że jestem sama w domu. Ludzie mówią, że to wstyd, że żadnej imprezy nie robię.. ale ja się pytam JAK ma takie coś wyjść? Ponieważ mieszkam za miastem, to ostatni autobus jedzie o 22, taksówka ma drugą strefę, na piechtę to się dojdzie za rok... no nie wypali. I ja naprawdę wiem, co mówię. Przeżyłam już takie spacerki.
A poza tym to... wróciłam do pisania! Aż mi się humor poprawił. Na bardzo długo odcięłam się od tego, a teraz powstaje coś całkiem dobrego. Całkowicie inne niż moje dotychczasowe twory. Więcej dojrzałości w to wkładam, bo wyjątkowo ostatnio wielu rzeczy się o sobie dowiedziałam.
Wiem, że pewnie oczekujecie ode mnie filmu w każdym wydaniu, ale po prostu nie mam jak go nagrać. Ani czasu, ani chęci, ani zbyt ułożonej fryzury. Poza tym nawet gdyby coś powstało, to nie mam jak tego złożyć, bo na to trzeba trochę czasu, a ja przecież muszę cholernej chemii się uczyć.
Ale wierzcie, pomysł nie przepadł! Jeszcze się zobaczymy! :)
Dobra. Po kilku przepłakanych dniach, po kilku załamkach i wielkich życiowych decyzjach, mogę nareszcie się uspokoić. Bo i tak zbyt wiele zrobić już nie mogę. Niestety, świat jest tak skonstruowany, że zazwyczaj nasz los leży w rękach osób trzecich. Niby jest to pozbawione całkowicie sensu, ale gdyby się bardziej nad tym zastanowić, to mi to na rękę. Uciekam od odpowiedzialności, chociaż tak po prawdzie to ja zawaliłam na całej linii.
Po tym wszystkim wiem jedno... co by nie miało się dziać, zawsze cios na siebie przyjąć trzeba, a nie uciekać na boki i liczyć na to, że się uda prześlizgnąć dalej! Jak coś zepsujemy, to się z tym mamy pogodzić. Bo nikt inny tylko my możemy naprawić wszystko.
A co jak się nie uda?
Nie myślę o tym... jestem w tej komfortowej sytuacji, że zawsze mam jeszcze kilka dróg załatwienia całej sprawy. Współczuję tym, którzy tej możliwości nie mają.. ja się na pewno czuję w tym momencie bezpieczniej.
I się kurwa nie wypytujcie co się dzieje. Jak nie piszę wprost, to znaczy, że nie chcę chwalić się wszystkim z całym światem. Ważniejszy i tak jest stan mojego umysłu, który przez dwa dni w ogóle nie funkcjonował. Ważne, że się obudziłam i przejrzałam na oczy.
Ojej. Ale emocjonujący tydzień. Dobrze, że później jest długi weekend bo ja chyba będę potrzebować regeneracji. Dzięki za wszystkie miłe słowa, za całe wsparcie - kochani jesteście! :*
Generalnie z chemią na razie cichosza. Nic nie wiem, co oznacza, że Wy też się niczego nie dowiecie. Sprawa jest cholernie pogmatwana, a dzisiaj to już w ogóle się skomplikowała.
W ten weekend wyjeżdżam do rodziny. Wszystko spowodowane wizytą Ojca. W piątek po południu jadę, a wracam w niedzielę. Czeka mnie piątkowa kolacja z Tatą i z jego dziewczyną [ kurde, nie wiem jak ja mam Ją określić. nawet nie wiem jak mam się do niej zwracać. ]. Tatuś pytał gdzie ich zapraszam. Powiedziałam ze zapraszam ich do dobrej restauracji, ale On płaci :P Jeszcze nie jesteśmy na etapie, kiedy ja muszę utrzymywać Jego, jeszcze nie! Nie wiem jak spędzę sobotę. Pewnie pojedziemy gdzieś, w końcu jest ładna pogoda. Trochę pokiszę się w tych mdłych oparach wazeliny i wrócę bardziej zmęczona niż byłam kiedykolwiek.
Nasza-Klasa to złooo.. Odnalazłam dziś pewnego Ktosia, który był częścią mojego życia przez długi okres, a później zniknął z dnia na dzień. Ja - wtedy głupia nastolata z typowymi dla tego wieku problemami - pozwoliłam aby to On - starszy i mądrzejszy - pomógł mi dorosnąć. Był taką ostoją i kiedy nagle przestał dzwonić i bywać poczułam się jakby ktoś mnie ogłuszył. Później popełniałam błędy szukając drugiego takiego człowieka. Faktem jest, że NIGDY nie znalazłam zastępstwa. Teraz jestem już dużą dziewczynką i potrafię zrozumieć, że nie wszystko trwa wiecznie. Najbardziej mnie boli to, że nie znam powodu jego decyzji. Przez jakiś czas myślałam, że może coś mu się stało! Jakim szokiem było dla mnie, gdy zobaczyłam te wspaniałe, dorosłe oczy i piękny uśmiech. Wspomnienia wróciły, a razem z nimi gorycz. W gruncie rzeczy to Go nienawidzę za to, co mi zrobił.
Z drugiej strony.. a może tak powinno być? Może za bardzo chłonęłam to, co on do mnie mówił?
Hahaha. Kolejna strona w mojej księdze życia, zaczynająca się na magiczną literę M.
Nie, nie, nie. Nie zrozumieliście mnie. To nie jest tak, że ja się jakoś specjalnie przejmowałam spotkaniem z Tatą. Broń Boże! Biorąc pod uwagę, że wszystko jest od dawna wyjaśnione, nie ma powodu, żeby jakoś specjalnie się martwić i denerwować. A wazeliniarstwo uprawiane jest przez innych z naszego otoczenia, którzy liczą tylko profity jakie przyniesie przyjazd Taty. I tak jak mi - jego córce - to nawet wypada, tak osobom postronnym należy wybić to z głowy. Hm, chyba i tak już zostali pozbawieni złudzeń.
Co wyniosłam z tego weekendu? Ładną opaleniznę, bo w godzinach najpiękniejszego słońca przebywaliśmy w dziadkowym ogrodzie [ teraz już nie ś.p. dziadek się nim zajmuje, ale nadal jest on dla mnie jego własnością ] lub na działce. Było dużo śmiechu, relaksu, lodów i piwa :P Zrelaksowałam się i teraz wiem, że bardzo tego potrzebowałam. Jakoś starałam się nie przejmować innymi, cieszyłam się obecnością Taty. Biorąc pod uwagę, że to były kolejne 2 lata niewidzenia się, to naprawdę radość była przeogromna, kiedy w końcu swojego staruszka zobaczyłam. Poza tym dostałam zaproszenie na długi weekend, które oczywiście wykorzystam. W środę jadę na saaamo południe Polski, do górali! :) Zobaczę jak się urządza tam mój Tatuś i ocenię, czy mój pokój aby na pewno się dobrze prezentuje.
Oczywiście nie mogło być tak, że nie wrócilibyśmy do sytuacji sprzed 1,5 roku, kiedy byłam bardzo głupią dziewczynką, i na pewno nie córeczką tatusia. Ale nareszcie dowiedziałam się jakim sposobem wybaczone mi zostały moje głupie błędy. 'No bo gdybyś zawsze postępowała tak, ja my chcieliśmy z mamą, to bym się dopiero zaczął martwić. A że raz podpadłaś i to w taki sposób, to chociaż wiem, że jesteś normalna. A najbardziej cenię Cię za to, że posłuchałaś mnie i zrozumiałaś.'
I to mnie uspokoiło. Mam wrażenie, że teraz ze śmiechem będziemy do tego wracać. Było to także pewnym impulsem, który pomógł mi podjąć pewną ważną decyzję. Mama też już całkowicie inaczej podchodzi do sprawy, ufff.
Ostatnio Kasia poczęstowała mnie wspaniałymi kawałkami cudownej Duffy. Debiutantka, pochodząca z Walii, zrobiła na mnie przeogromne wrażenie. Ostatnio słucham jedynie jej płyty i się coraz bardziej zakochuję.